dr Krzysztof Woźniak

Platforma HUMANVERO

Inwestycje publiczne systemowo droższe od rynkowych

Zdarza się bardzo często, że urzędnicy dokonując zamówień publicznych zwłaszcza na roboty budowlane nie negocjują cen, nie robią rzetelnej analizy rynkowej, co jest dużym błędem. A inwestycje są przeszacowane, co uszczupla budżet np. gmin nawet o miliony złotych. W praktyce może to wyglądać jak niewydajne gospodarowanie publicznymi pieniędzmi, ale niekoniecznie złamanie prawa. Żeby mówić o naruszeniu dyscypliny, trzeba spełnić konkretne przesłanki: działanie celowe lub rażąco nierozsądne prowadzące do straty finansowej, świadome złamanie procedur ustawy o finansach publicznych. Niestety sam brak sprawdzenia rynku raczej nie spełnia tych warunków, jeśli zamówienie formalnie jest zgodne z prawem (przetarg, oferta, umowa).

Oczywiście, możemy zaproponować kontrolę wewnętrzną i audyt, kontrolę komisji rewizyjnej rady gminy, zamówić opinię biegłego (by dowiedzieć się, czy ceny były rynkowe). To jednak działania po fakcie, które już tu prawie nic nie pomogą. Może przy mądrych zarządzaniu umożliwią wprowadzenie procedur na przyszłość: wprowadzenie obowiązku analizy rynku, limitów kosztowych, audytu projektowego, itd.

Tego typu inwestycje są błędem proceduralnym i organizacyjnym. Nie wyglądają jak naruszenie dyscypliny finansów publicznych, pomimo że jego skutkiem jest faktyczna nadwyżka kosztowa, która dla przeciętnego mieszkańca wygląda jak „kradzież” albo niekompetencja urzędników. Zarabiają na tym najczęściej wykonawcy (nawet bez łamania prawa) – bo urząd nie negocjuje cen i nie weryfikuje rynku. Mogą też zarabiać projektanci / biura architektoniczne – drogie elementy małej architektury, dokumentacje. System jest ustawiony tak, że nie ma w nim kontroli.

Czy to przestępstwo? Prawo jasno mówi: przestępstwem jest np. sprzeniewierzenie, korupcja, fałszowanie dokumentów. Niekompetencja przy wyborze oferty nie jest karalna, dopóki procedury formalne zostały zachowane. Dlatego w praktyce wójt, burmistrz, prezydent miasta i urzędnicy są bezkarni mimo, że nadwyżka kosztów jest jawna.

Co można zrobić w realiach systemowych? Wewnętrznie: kontrola wewnętrzna / audyt, komisja rewizyjna rady miejskiej, a zewnętrznie: powiadomić RIO lub NIK (ich kontrola może pokazać faktyczne przewartościowanie). Do tego możliwe obowiązkowe opinie ekspertów do procedur przetargowych i zmiany SIWZ (jasne limity kosztów, obowiązek rynkowej analizy).

Inaczej, często zdarza się, że w efekcie pieniądze publiczne wydane są niegospodarnie, ale „zgodnie z procedurą”. Istnieją wyraźne luki w prawie. Obecnie: niekompetencja nie jest traktowana jak przestępstwo, brak analizy rynkowej to nie jest naruszenie dyscypliny, a przewartościowanie inwestycji nie rodzi odpowiedzialności osobistej urzędników. Prawo karze procedurę, a nie skutek finansowy.

Propozycja zmiany prawa:

1. Nowy obowiązek: analiza rynkowa kosztów. Przed każdym przetargiem powyżej np. 2 mln zł:

– obowiązkowa analiza minimum 3 porównywalnych inwestycji,

– kosztorys referencyjny (widełki),

– publikacja analizy wraz z SIWZ,

Brak analizy to naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

2. Limit odchyleń od rynku. Wprowadzić zasadę: jeśli koszt inwestycji przekracza średnią rynkową o >20–25%, ciężar dowodu spoczywa na zamawiającym. Brak uzasadnienia to odpowiedzialność osobista kierownika jednostki.

3. Odpowiedzialność prezydenta / burmistrza / wójta. Dodać do ustawy o finansach publicznych:

– rażące zaniedbanie nadzoru inwestycyjnego jako delikt,

– sankcje: kara pieniężna (np. % rocznego wynagrodzenia), zakaz pełnienia funkcji kierowniczych w JST (czasowy).

Wszystko po to, aby uniknąć sytuacji typu „ja nie wiedziałem, to wydział robił”.

4. Sankcje karne – tylko w ciężkich przypadkach. Jeśli na przykład: brak analizy rynkowej i przekroczenie rynku >30% i szkoda >1 mln zł to kwalifikacja jako przestępstwo niegospodarności (realna odpowiedzialność karna).

Uważam, że takie inwestycje nie mogą pozostać bez uzasadnienia, ktoś musi się podpisać pod kosztami i wziąć za to odpowiedzialność. Projektanci zaczęliby słyszeć słowo „nie”,  a wykonawcy przestaliby testować górne granice. Bo dziś w Polsce można wydać miliony publicznych pieniędzy skrajnie niegospodarnie i nie ponieść żadnej odpowiedzialności. To nie jest tylko błąd – to luka w prawie.